Obyczaje wiejskie ukazane w „Chłopach” Reymonta

© - artykuł chroniony prawem autorskim


Reymont doskonale sportretował życie mieszkańców polskiej wsi przełomu wieków, wiernie oddając ich przywiązanie do tradycji i kultywowanie obyczajów przenoszonych z pokolenia na pokolenie. Choć wiele odeszło już w zapomnienie (na przykład swaty), wiedza o nich wzbogaca nasze pojmowanie kultury i przeszłości. W Chłopach czytamy nie tylko o uniwersalnych problemach mieszkańców Lipiec, lecz – i może przede wszystkim – poznajemy obyczaje związane ze wszystkimi największymi chrześcijańskimi świętami oraz obrzędami. Fryderyk Böök napisał: „Skoro w końcu odkładamy książkę na bok, wiemy, że zdobyliśmy to, co tylko wielki poeta dać może: wgląd w prawdziwe życie ludu”.

Na przykładzie ożenku Macieja Boryny i Jagny Paczesiowej dużo miejsca zajmuje opis obyczajów weselnych - przygotowujących do ślubu i wesela. Gdy kawaler wybrał sobie kandydatkę na przyszłą żonę, wysyłał do jej rodziny swatów – osoby upoważnione przez niego do ustalania szczegółów związanych z małżeństwem. Najczęściej na takich spotkaniach zakrapianych alkoholem omawiano finansowe aspekty ślubu, przedstawiano korzyści, jakie osiągnie panna młoda i jej rodzina ze ślubu. Dziś zwyczaj ten jest może pojmowany dosyć okrutnie – dziewczyna sama wybiera sobie męża, nie mają na to wpływu ani rodzice, ani rodzina, ani środowisko. Trzeba jednak pamiętać, że prawie dwa wieki temu w tej kwestii panowały inne zasady, a młoda kobieta winna była całkowite posłuszeństwo swym rodzicom (w powieści Jagna nie sprzeciwia się decyzji Dominikowej i zgadza się wyjść za trzy razy starszego Borynę).

Gdy już szczegóły związane z małżeństwem były ustalone, nadchodził uroczysty dzień zaślubin. Odświętnie przygotowywano izbę weselną w domu panny młodej, a pierwsi goście musieli wychylić kieliszek wódki za zdrowie pary (tak zwane „przepijanie”). Tak samo Reymont opisał ten zwyczaj w Chłopach. W dniu ślubu Jagny jej bracia wynieśli z izby wszystkie sprzęty, stawiając na ich miejsce stoły i ławy dla gości. Panna młoda przykryła stoły cienkim płótnem, przystroiła izbę wycinankami z kolorowego papieru (otrzymanego w prezencie od narzeczonego). Po drugiej stronie sieni, w izbie, w której składowano rupiecie, teraz było czysto. Sąsiadki - Ewka z Jagustynką gotowały tam weselne potrawy. W ramach przygotowań do wesela wybielono wapnem cały dom (na zewnątrz i w środku), ustrojono gałęziami świerczyny jego zewnętrzne ściany, opłotki udekorowano jedliną – pachniało jak w lesie.

W końcu powoli zaczęli się schodzić pierwsi goście, zaproszeni nawet z okolicznych wiosek (zwyczaj nakazywał huczną zabawę). Przychodziły kumy, krewniaczki i dawnym obyczajem znosiły kury, chleby, placki, mąkę, a nawet i srebrne ruble. Wszystko to w podzięce za zaproszenie, by wynagrodzić gospodyni poniesione straty. Kobiety „przepijały” z gospodynią po kieliszku gorzałki…

Kolejnym obrzędem weselnym było obcięcie włosów pannie młodej (najczęściej chodziło o ścięcie panieńskich warkoczy), co miało symbolizować zamkniecie pewnego etapu życia (Jagna nie chciała zgodzić się na ten zwyczaj: „- A po dworach i miastach nie obcinają! - Pewnie, juści, bo im tak trzeba do rozpusty, żeby ludzi mogły ocyganiać i za co inszego się wydawać. Ale, będzie tu nowe porządki zakładała! Dworskie pannice niechta z siebie cudaki robią i pośmiewisko, niechta z kudłami jak Żydowice jakie chodzą - wolno im, kiej głupie, a tyś gospodarska córka z dziada pradziada, nie żadne miejskie pomietło, toś robić, winna jak pan Bóg przykazał , jak zawżdy w naszym gospodarskim stanie się robiło... Znam ja te miejskie wymysły, znam... jeszcze nikomu one na zdrowie nie wyszły! Poszła w służbę do miasta Pakulanka i co?...Mówił wójt, jaki papier przyszedł do kancelarii , że dzieciaka udusiła i w kryminale siedzi... albo i ten Wojtek, Borynów krewniak po siostrze, dorobił się w mieście sielnie, że teraz po wsiach po proszonyrn chlebie chodzi... a przódzi na Wólce gospodarstwo miał, konie miał i chleba po grdykę... zachciało mu się bułek, a ma kij i torbę na starość... Ale Jagna mądrych przykładów nie słuchała, a o obcięciu i gadać sobie nie dała. Namawiała ją Ewka, a ta znająca była, niejedną wieś znała i rok w rok do Częstochowy z kompaniami chodziła, przekładała i Jagustynka , ale jak to ona, zawżdy z przekpinami i naśmieszliwie, bo w końcu rzekła: - Ostaw warkocz, ostaw, zda się Borynie, okręci se nim rękę, ostrzej przytrzyma i mocniej cię kijem zleje...sama go obetniesz potem... Znałam taką niejedną ... - nie mówiła więcej”).

Gdy już wszystko było przygotowane, muzykanci i drużbowie prowadzili weselników do domu panny młodej, tworząc w ten sposób niezwykle barwne widowisko. W powieści to muzykanci i sześciu drużbów (najprzystojniejszych wiejskich chłopaków: „A wszystko chłopaki młode, dorodne, kiej sosny śmigłe, w pasie cienkie, w barach rozrosłe, taneczniki zapamiętałe , pyskacze harde, zabijaki sielne, z drogi nieustępliwe - same rodowe, gospodarskie syny”) środkiem drogi, śpiewając i krzycząc wesoło, a przy tym przytupując skocznie, chodziło od domu do domu i zapraszało gości na przyjęcie: „(…) gdzie im wynosili gorzałki, gdzie zapraszali do wnętrza, gdzie zaś śpiewaniem odpowiedzieli - a wszędy wychodzili przystrojeni ludzie, przystawali do nich i szli dalej społem, i już wszyscy w jeden głos śpiewali pod oknami druhen”.

Następnie ci sami rozśpiewani ludzie szli po pana młodego, by poprowadzić go do domu narzeczonej: „Rzęsisto zagrali na ganku, a Boryna w ten mig wyszedł, drzwi na rozcież wywarł, witał się a do środka zapraszał, ale wójt z Szymonem ujęli go pod boki i już prosto do Jagny powiedli, bo czas było do kościoła”. Wszyscy śpiewali, a wieś się przyglądała i podziwiała.

Kolejnym obrzędem związanym ze ślubem było uroczyste błogosławieństwo rodziców (tu młoda para otrzymała je od Dominikowej) przy użyciu świętego obrazu i święconej wody. Przyszła mężatka w takiej chwili rzewnie płakała, żegnając się i przepraszając wszystkich zebranych za wyrządzone krzywdy. Po uzyskaniu akceptacji rodziców weselny orszak prowadził zaproszonych gości i parę młodą do kościoła na ceremonię, ustawiając wszystkich w szeregu, na czele którego znajdowali się muzykanci.

Reymont poświęcił tej chwili obszerny fragment powieści: „A potem Jagnę wiedli drużbowie - szła bujno, uśmiechnięta przez łzy, co jej jeszcze u rzęs wisiały, weselna niby ten kierz kwietny i kiej słońce ciągnąca wszystkich oczy; włosy miała zaplecione nad czołem, w nich koronę wysoką, ze złotych szychów, z pawich oczek i gałązek rozmarynu, a od niej na plecy spływały długie wstążki we wszystkich kolorach i leciały za nią, i furkotały kieby ta tęcza; spódnica biała rzęsisto zebrana w pasie, gorset z błękitnego jak niebo aksamitu wyszyty srebrem, koszula o bufiastych rękawach, a pod szyją bujne krezy obdziergane modrą nicią, a na szyi całe sznury korali i bursztynów aż do pół piersi opadały. Za nią druhny prowadziły Macieja. Jako ten dąb rozrosły w boru po śmigłej sośnie, tak on następował po Jagusi, w biedrach się ino kołysał, a po bokach drogi rozglądał, bo mu się zdało, że Antka w ciżbie uwidział. A za nimi dopiero szła Dominikowa ze swatami, kowalowie, Józia, młynarzowie, organiścina i co przedniejsi. Na ostatek zaś całą drogą waliła wieś cała”.

Po ślubie organista grał na organach, żegnając podziwiany przez całą wieś weselny orszak. Gdy młoda para wróciła do domu, czekało ją uroczyste powitanie: „Dominikowa rychlej pobiegła, a gdy nadciągnęli - już ona państwa młodych na progu witała obrazem i tym świętym chlebem i solą, a potem nuż się ze wszystkimi z nowa witać, a obłapiać i do izby zapraszać”. Na najważniejszym miejscu przy stole usiedli państwo młodzi, a obok goście „pierwsi po uważaniu” (po majątku, starszeństwie, aż do druhen i dzieci). Drużbowie Boryny wraz z muzykantami zabawiali gości. Organista głośno odmówił modlitwę, po której goście jedli, pili i gawędzili, a kucharki donosiły jedzenie, pilnując, by na stole niczego nie zabrakło. Gdy zjedzono pierwsze dania i wypito trochę alkoholu, z izby uprzątnięto stoły, robiąc miejsce na tańce i zabawy.

Goście zaczęli pierwszy taniec poświęcony Jagusi. Z sieni dochodziła skoczna muzyka tak, by po przestąpieniu progu każdy chwytał partnera i „puszczał się posuwistym krokiem "chodzonego" - a już tam, niby ten wąż farbami migotliwy, toczyły się dokoła izby pary, gięły się, okrążały, zawracały z powagą, przytupywały godnie, kołysały się przystojnie i szły, płynęły, wiły się, a para za parą, głowa przy głowie - niby ten rozkołysany zagon dostałego żyta, gęsto przekwiecony bławatem a makami... - a na przedzie w pierwszą parę Jagusia z Boryną!”. Wszyscy bawili się wesoło, i młodsi, i starsi. Zabawie nie było końca: „I tańcowali! ...Owe krakowiaki, drygliwe, baraszkujące, ucinaną, brzękliwą nutą i skokliwymi przyśpiewkami sadzone, jako te pasy nabijane, a pełne śmiechów i swawoli; pełne weselnej gędźby i bujnej, mocnej, zuchowatej młodości i wraz pełne figlów uciesznych, przegonów i waru krwi młodej kochania pragnącej. Hej! (...)”. Tak oto chłopski naród bawił się na najbogatszym weselu.

Ważnym elementem był poczęstunek, o które dbały kucharki, stale donoszące gorące dania. Istotne były też przy tym przyśpiewki: „Niesiem rosół z ryżem- / A w nim kurę z pierzem! / A przy drugiej potrawie: / Opieprzone słone flaki, / Jedzże, siaki taki!”. Jedzeniu stale towarzyszyła muzyka: „bych się smaczniej jadło”.

Gospodarz, czyli Boryna, „przepijał” ze wszystkimi po kieliszku gorzałki, Józka z kowalową donosiły potrawy na stoły, a kobiety „po kątach” plotkowały, zazdroszcząc Jagnie takiego dobrobytu (dowód, że nieodłącznym elementem wesela są plotki). Kolejnym zwyczajem, opisanym przez Reymonta, było zbieranie pieniędzy przez kucharki w wielką warząchew, specjalnie ustrojoną do tego celu. Muzykant, który szedł za nimi, przygrywał na skrzypkach, a one śpiewały: „Da powoli , powoli - / Da od stołów wstawajcie! / Po trzy grosze za potrawę, / Po dziesiątku za przyprawę- / Da kuchareczkom dajcie!”. Pisarz ironicznie zauważył, że niektórzy dawali nawet srebrne monety, co wytłumaczył faktem, iż: „Naród był syty, podochocony i zmiękły dobrym jadłem i napitkiem częstym (…)”.

Potem nastąpiły weselne zabawy, którym towarzyszyły wesołe przyśpiewki muzykantów. Prym wiodła gra w „chodzi lis koło drogi; nie ma ręki ani nogi". Za lisa przebrano w wywrócony do góry wełną kożuch Jaśka – gapę i wiejskiego niedojdę, a za zajączka Józkę – córkę Boryny: „Co krok, to Jasiek się rozczapierzał i bęc jak ta kłoda na ziemię, że mu to i nogi podstawiali, a Józia tak utrafnie kicała, stawała słupka i wargami ruchała, niczym żywy zając”.

Gdy zebranym znudziła się już ta zabawa, rozpoczęła się „przepiórka", prowadzona przez Nastkę Gołębiankę. Potem z kolei grano w „świnkę", a na koniec jeden z drużbów udawał bociana, przebrawszy się w płachtę i zrobiwszy dziób z kija: „i klekotał tak zmyślnie, kiej bociek prawdziwy, aż Józia, Witek i co młodsze zaczęły za nim gonić i krzyczeć: Kle, kle, kle, Twoja matka w piekle! Co ona tam robi? Dzieciom kluski drobi. Co żłego zrobiła? Dzieci pomorzyła. I rozbiegały się z wrzaskiem, i kryły po kątach jak kuropatki, bo gonił, dziobał i bił skrzydłami. Izba aż się trzęsła od tych śmiechów, krzykań i przegonów”. Zabawa trwała ponad godzinę, a gdy starszy drużba dał znak – zebrani przycichli, ponieważ nadszedł czas na oczepiny.

Kobiety wyprowadzały z komory Jagusię nakrytą białą płachtą i posadziły ją w pośrodku na dzieży wysłanej pierzyną. W tym momencie druhny zerwały się z miejsc, by ją odbić, ale dostępu do Jagny broniła starszyzna i chłopi: „więc się zbiły naprzeciw i smutno, jakby z płakaniem w głosach zaśpiewały(…)”. Po wyśpiewaniu okolicznościowych melodii „strażnicy” w końcu odsłonili pannę młodą, na warkoczach której (zwiniętych i grubych) widniał już czepiec – znak zmiany stanu cywilnego: „jeszcze się urodniejsza wydała w tym przybraniu, bo i roześmiana była, wesoła i jarzącymi oczami wodziła po wszystkich”.

Muzyka zagrała wolno i wszyscy zebrani - starzy i młodzi, dzieci nawet – radośnie zaśpiewali „Chmiela", a po piosence nawet gospodynie brały Jagusię do tańca. „A gdy skończyli, odprawować poczęli obrządki różne, jak to jest zwyczajnie przy oczepinach”.
Najpierw Jagusia musiała „wkupywać się” w łaski gospodyń, by potem zebrani odprawiali drugie ceremonie. W końcu parobcy zrobili długi sznur z nieomłóconej pszenicy i okręcili nim ogromne koło, które druhny pilnie trzymały i strzegły. Pośrodku stała Jagusia. Gdy któryś z mężczyzn chciał z nią zatańczyć: „podchodzić musiał, wyrywać przez moc i hulać w kole, nie bacząc, że go ta i prażyły drugimi powrósłami po słabiźnie”.

Pod koniec obrzędu młynarzowa i Wachnikowa zaczęły zbierać na czepiec (posypały się srebrne ruble i „jako te listeczki na jesieni, papierki leciały”). Zebrano ponad trzysta złotych. Po oczepinach nadszedł czas na przenosiny panny młodej do męża (najpierw goście przeprowadzili krowę, potem przenieśli skrzynię, pierzynę i inne rzeczy otrzymane we wianie. Muzykanci szli przodem, prowadząc Jagusię z matką, braćmi i weselnikami), a później grali na powitanie jej w nowym domu. Boryna czekał na nich na ganku swej chałupy wraz z kowalami j Józką. „Dominikowa wniosła przodem w węzełku skibkę chleba, soli szczyptę, węgiel, wosk z gromnicy i pęk kłosów poświęconych na Zielną, a gdy i Jaguś próg przestąpiła, kumy ciskały za nią nitki wyprute i paździerze, by zły nie miał przystępu i wiodło się jej wszystko”. Młodzi przyjmowali życzenia szczęścia i pomyślności. Nie był to jednak koniec zabawy - ponownie rozpoczęto weselną ucztę.

Kolejne opisane przez Reymonta obyczaje związane są z okresem Bożego Narodzenia. Przygotowania do świąt zabierały mieszkańcom Lipiec dużo czasu. Gdy śnieg zakrył pola, w każdej chałupie robiono porządki: posypywano sienie i podłogi świeżym igliwiem, pieczono chleby i świąteczne strucle. Boryna wraz z Pietrkiem (parobkiem przyjętym na miejsce Kuby) jechali do miasta po zakupy, a Jagna zagniatała ciasto, by wyczarować z niego smaczne strucle: „A Jagna, z zakasanymi po ramiona rękawami, miesiła w dzieży ciasto i przy matczynej pamocy piekła strucle tak długachne, że widziały się jako te lechy w sadzie, na których pietruszkę zasiewają, to chleby bielsze nieco z pytlowej mąki - a zwijała się żywo, bo ciasto już kipiało i trza było wyrabiać bochenki, to poglądała za Józiną robotą, to zaglądała do placka z serem i miodem, któren wygrzewał się już pod pierzyną i czekał na piec, to latała na drugą stronę do szabaśnika, w którym buzował się tęgi ogień”. Kobiety piekły chleby, a Józka przystroiła ściany kolorowymi wycinankami.

Kolejnym zwyczajem było wypiekanie („Ogromną, niską izbę rozświetlał ogień, płonący na trzonie komina. Organista rozdziany, w koszuli tylko i z podwiniętymi rękami, czerwony jak rak, siedział przed ogniem i piekł opłatki... co chwila czerpał łyżką z michy rozrobione, płynne ciasto, rozlewał je na żelazną formę, ściskał, aż syczało, i kładł nad ogniem wspierając na cegle sztorcem ustawionej, przewracał formę, wyjmował opłatek i rzucał na niski stołek, przed którym siedział mały chłopak i obcinał nożyczkami do równa”) i roznoszenie opłatków, czym zajmowali się, tak jak nakazywała tradycja, kolędnicy.

Kulminacją Bożego Narodzenia była wigilijna kolacja, po której częstowano krowy opłatkiem. W dzień Wigilii, podczas suto przygotowanej wieczerzy, wyczekiwano pierwszej gwiazdki. W każdej chałupie od wschodu stawiano snop zboża i pod obrus wkładano siano: „i wyglądano oknami pierwszej gwiazdy”. Także w Borynowej izbie tradycja była żywa. Gospodarz podzielił opłatek miedzy wszystkich - z powodu całodniowego postu byli bardzo głodni. Stół zdobiły smakowite potrawy: buraczany kwas gotowany na grzybach z całymi ziemniakami, śledzie obtaczane w mące i smażone w oleju konopnym, pszenne kluski z makiem, kapusta z grzybami suto polana olejem, „a na ostatek podała Jagusia przysmak prawdziwy, bo racuszki z gryczanej mąki z miodem zatarte i w makowym oleju uprużone, a przegryzali to wszystko prostym chlebem, bo placka ni strucli, że z mlekiem i masłem były, nie godziło się jeść dnia tego”. Po posiłku Jagna częstowała kawą z cukrem, a Roch czytał nabożną książkę. Gdy skończył, Dominikowa, wziąwszy opłatek, zaprowadziła wszystkich do obory, do krów. Jej córka, za radą matki, obdzieliła inwentarz opłatkiem, po czym wrócili do izby.

W wigilijny wieczór wszyscy udawali się do kościoła na pasterkę: „Kto był żyw, do kościoła ciągnął, ostały ino po chałupach całkiem stare, chore albo kaleki. Już z daleka widniały rozgorzałe okna kościelne i główne drzwi na rozcież wywarte, a światłem buchające, naród zaś płynął przez nie i płynął jak woda, z wolna zapełniając wnętrze, przystrojone w jodły i świerki, że jakby gęsty bór wyrósł w kościele, tulił się do białych ścian, obrastał ołtarze, z ław się wynosił i prawie sięgał czubami sklepień, a chwiał się i kołysał pod naporem tej żywej fali, i przysłaniał mgłą, parami oddechów, zza których ledwie migotały jarzące światła ołtarzów. A naród wciąż jeszcze nadchodził i płynął bez końca...”. Światynia była wypełniona po brzegi.

Prócz zwyczajów związanych z weselem i Bożym Narodzeniem na kartach powieści odnajdziemy także mnóstwo obyczajów wielkanocnych, poznawanych dzięki świętowaniu rodziny Macieja Boryny. W jego domu w Wielki Piątek bielono ściany, odsypywano obejście żółtym piaskiem oraz malowano pisanki, które potem odkładano do poświęcenia na duży stół przykryty białym obrusem, na którym leżały w miseczkach i donicach święconki sąsiadek (ksiądz nakazał, by w bogatszych chałupach zebrało się po kilka rodzin i zostawiło święconki. Dzięki temu zmniejszył liczbę domów do odwiedzenia. Najpierw objeżdżał okoliczne wioski, by na koniec odwiedzić Lipce.

Pozostawiwszy święconki, kobiety szły do kościoła na uroczystość poświęcenia ognia i wody: „Józka przyniosła wody całą flaszkę i ogień, którym zaraz Hanka rozpaliła drwa przygotowane i pierwsza też wody święconej popiła dając kolejnie wszystkim - od chorób gardzieli pono strzegła - a potem skropiła nią inwentarz i drzewiny rodne w sadzie, że to się przyczyniało do urodzajów i dawało bydlątkom letkie lągi. A później widząc, że ni Jagna, ni kowalowa nie pomyślały o starym, umyła go w ciepłej wodzie, przyczesała jego skołtunione włosy i przewlekła mu koszulę i pościele. Boryna dozwalał z sobą robić wszystko, nie poruszywszy się ani razu, leżał jak zawżdy wpatrzony przed siebie i martwy jak zawżdy...”. Po powrocie przebierano się w świąteczny strój i czekano na księdza, po którego wychodzono aż na drogę.

W malowaniu jajek mistrzynią była uzdolniona artystycznie Jagusia, która potrafiła wyczarować na skorupkach prawdziwe dzieła sztuki: „Jakże, to aż mieniło się w oczach, czerwone były, żółte, fiołkowe, i jak lnowe kwiatuszki niebieskie, a widać było na nich takie rzeczy, że prosto nie do uwierzenia: koguty piejące na płocie, gąski na drugim syczały na maciory, uwalone w błocie; gdzie znów stado gołębi białych nad polami czerwonymi, a na inszych wzory takie i cudeńka, kiej na szybach, gdy zamróz je lodem potrzęsie”.

Gdy przychodziła Wielka Sobota – mieszkańcy Lipiec hucznie świętowali zakończenie postu. W zwyczaju było coroczne zbieranie się rankiem przed kościołem, by: „chować żur i grzebać śledzia, jako tych najgorszych trapicieli przez Wielki Post”.

Jeżeli chodzi o inne zwyczaje związane z okresem poświątecznym, to po dziś dzień zachowały pielęgnowanie lanego poniedziałku, nazywane śmigusem-dygusem, w czasie którego i lipeckie chłopaki biegali po wsi, oblewając piszczące dziewczyny. Chodzenie z „kogutkiem” jest kultywowane już chyba jedyne przez zespoły folklorystyczne w nielicznych wioskach. Właśnie opis tego dawnego obrzędu jest humorystycznie przedstawiony na łamach powieści: „Właśnie Jagustynka była rozpowiadała o tym, nie wiada już dzisiaj po raz który, kiej z podwórza wywalili się chłopaki z kogutkiem. Witek ich wiódł, wystrojony sielnie, w butach nawet i kaszkiecie Borynowym, srodze na bakier nadzianym, a pobok w kupie szedł Maciuś Kłębów, Gulbasiak, Jędrek, Kuba Grzeli z krzywą gębą syn i drugie. Kije mieli w rękach i torbeczki przez plecy, Witek zaś tulił pod pachą skrzypice Pietrkowe”.

Do innych tradycyjnych obyczajów kultywowanych na lipeckiej wsi należały wieczorne spotkania przy pracy: kiszenie kapusty, darcie pierza, przędzenie wełny, podczas których w jednej chałupie zbierało się mnóstwo ludzi, umilających sobie obowiązki rozmową i śpiewem. Tak właśnie Reymont przedstawił pewien wieczór u Boryny, gdy pracowano nad obieraniem kapusty z liści. W kominie Borynowej chałupy palił się ogień, który ogrzewał dużą liczbę przebywających w niej ludzi. Na środku izby leżała kapusta, wokół której siedziały kobiety i dziewczyny, obierając główki z liści i rzucając je na specjalną płachtę. Jagna zajęła miejsce przy Jagustynie i również oddała się pracy.

Antek wtoczył do sieni beczki przygotowane na kapustę i ustawił przy kominie szatkownicę. Do pracujących panien i mężatek dołączyła Nastusia (siostra Mateusza) z nowiną, że młynarzowi ktoś skradł konia ze stajni. Po chwili pojawił się stary Boryna i po przywitani z radością spostrzegł, że Jagusia ma na głowie chustkę – podarunek od niego. Choć chciał siąść przy dziewczynie, wstrzymał się na myśl plotek, które by wywołał tym krokiem.

Witek z Kubą przynieśli długa ławę, na której Józia ustawiła łyżki i miski, a po chwili zaprosiła ludzi do jedzenia. Maciej częstował wszystkich butelką okowity, której odmówiła jedynie Jagna mówiąc, iż nie zna smaku wódki. Gospodarze dobrze ugościli gości, dając im rosół z ziemniakami i mięsem. Po poczęstunku i odpoczynku wszyscy zabrali się ponownie do pracy.

Innym zwyczajem były obrzędy związany z Dniem Zadusznym. Gdy nadchodził, w Lipcach od rana bezustannie biły kościelne dzwony, a po obu stronach drogi prowadzącej do kaplicy klęczeli modlący się żebracy. W zakrystii otoczony grupką ludzi organista otrzymywał od nich pieniądze na „wypominki” za duszę zmarłych, po czym zapisywał imię nieboszczyka w specjalnym zeszycie. Za kościołem ksiądz wyczytywał imiona zmarłych dusz, za które wszyscy zebrani się modlili.

Po południu w cmentarnej kaplicy odprawiano nieszpory. Przy wejściu na cmentarz ustawiano beczki, z których jedna należała do księdza, druga do organisty, trzecia Jambrożego, a do reszta żebraków. Przechodzący musieli coś do każdej wrzucić, na przykład chleb, kiełbasę, słoninę, masło, grzyby, a nawet motki przędzy (co najlepsze, dostawało się księdzu, co najgorsze – żebrakom). Ludzie, szepcząc i płacząc, chodzili wśród mogił. Opuszczali cmentarz, popędzani nadchodzącą nocą. Żebracze śpiewy umilkły, a wycie psów rozbrzmiewało w całych Lipcach. Drogi opustoszały, karczmę zamknięto. Mieszkańcy wsi oddawali się zadumie w zaciszu swych domów.

Kolejnym zwyczajem było święcenie pól, mające je uchronić od nieurodzajów i innych kaprysów pogody: „(…)zapalili świecie, ksiądz nadział czarną, rogatą czapeczkę, przeżegnał się i zaintonował: „Kto się w opiekę...".

Cała wieś cieszyła się na obrzęd zapustów, czyli ostatków. Od rana w chałupach panował duży ruch, ponieważ dekorowano izby do zabawy i wyjeżdżano do miasta: „(…) a z każdego prawie domu ktosik pojechał do miasteczka za różnościami, głównie zaś po mięso albo choćby po ten kawał kiełbasy lub sperki, jeno biedota musiała się kuntentować śledziem, wziętym na bórg od Żyda, i ziemniakami ze solą”. W bogatszych domach smażono pączki, a po wsi unosił się zapach przepalonego szmalcu, prażonych mięsiw i „jensze, barzej jeszcze jątrzące ślinę smaki”.

Po kolacji w karczmie rozbrzmiewała muzyka, przy dźwiękach której bawiono się do samego rana: „Zabawiano się ze wszystkiego serca, ile że to ostatni raz przed Wielkim Postem. Mateusz grał na skrzypicy, od wtóru mu przebierał na fleciku Pietrek, Borynów parobek, a przybębniał Jasiek Przewrotny (…) Hulano ochotnie jak mało kiedy i do późna, do tela, póki dzwon na kościele nie uderzył na znak, że to już północ i zapustom koniec; wnet zmilkły muzyckie głosy, zaprzestano tańców, dopito spiesznie flach i kieliszków, i naród się cicho rozchodził. że ostał jeno Jambroży, niezgorzej napity, bo swoim zwyczajem jął przed karczmą wyśpiewywać”.

Ostatnim z ważniejszych zwyczajów jest przygotowywanie czterech ołtarzy i procesja w święto Bożego Ciała. Jedna z kapliczek stanęła u Borynów: „(…) wypleciona z brzozowych gałęzi a zieleni, wykryli ją całą wełniakami, że jaże grała w oczach od kolorów, zaś w pośrodku, na podwyższeniu, stanął ołtarz, przykryty bieluśką i cieńką płachtą i zastawiony świecami a kwiatami w doinkach, które Józka oblepiła w strzyżki ze złotego papieru. Wielki obraz Matki Boskiej wisiał nad ołtarzem, a pobok zawiesili mniejsze, ile się jeno zmieściło. Zaś la większej przyozdoby nad samym ołtarzem przyczepili klatkę z kosem, którego Nastusia przyniesła: ptak się wydzierał po swojemu, że mu to Witek z cicha przygwizdywał. A całe opłotki od drogi wysadzone były świerczyną na przemian z brzózkami, żółtym piaskiem grubo wysypane i zarzucone tatarakiem. Józka znosiła całe naręcze modraków, ostróżek; wyczki polnej i przystrajała ściany kapliczki; opięła też nimi obrazy, lichtarze i co ino było można, że nawet ziemię przed ołtarzem potrząsnęła kwiatami; nie darowała i chałupie, gdyż całe ściany i okna ginęły pod zielenią, zaś w snopki dachu nawtykała tataraków”.

Lipeckie kobiety (mężczyźni przebywali akurat w areszcie), pięknie ubrane, udały się do kościoła na mszę, po której przeszły w procesji. Pietrek niósł święty krzyż, a silniejsze kobiety chorągiew. Jambroży rozdał świece i wszyscy ruszyli przez wieś drogą nad stawem. Za młynem zapalono światło. Ksiądz śpiewał pieśni, idąc za krzyżem. Gdy gromada doszła do pierwszego kopca, skropił święconą wodą cztery strony świata. Święcił pola, ziemię i drzewa. Pochód ruszył dalej na równinę. Przy drugim kopcu, pod którym podobno spoczywały ciała poległych na wojnie, lipczanie pomodlili się za ich dusze i ruszyli w kierunku topolowej drogi. Doszli jeszcze do krzyża Borynów, na skraj ziem lipieckich i dworskiego boru, po czym wszyscy klęknęli, a ksiądz pobłogosławił ich i rozpoczął wspólną modlitwę, po której zebrani przeszli jeszcze w stronę ostatniego kopca, drogą wzdłuż lasu: „A że sporo narodu przybyło, to już zapchali całą drogę, szli także i borem między drzewami, szli i nad polami, że całe Podlesie zaroiło się ludźmi, a hukało pieśnią niebosiężną (…)”. Msza i procesja przyciągnęła mieszkańców okolicznych wiosek.

Szczegółowość opisów Reymonta jest mistrzowska. Bronisław Chlebowski takimi oto słowami podsumował dzieło polskiego Noblisty: „Najpełniejszy wyraz znalazło współczesne życie polskie, a przede wszystkim ludowe, w odbiciu duszy wrażliwej, zdrowej, spostrzegawczej, opartej na wybornej sprawności zmysłów i plastycznej wyobraźni. Posiada ją właśnie Władysław Reymont ”.




Motyw - inne artykuły:
Motyw obyczajów i tradycji
Obyczaje wiejskie ukazane w „Chłopach” Reymonta
Obyczaje i obrzędy ludowe w „Dziadach” Adama Mickiewicza
Obyczaje i tradycje rycerskie w „Dziejach Tristana i Izoldy”
Zwyczaje i obyczaje szlacheckie w „Panu Tadeuszu” Mickiewicza